Prorosyjska tuba zamiast hitu?
Zaczęło się od oburzenia specjalistów od bezpieczeństwa. Gdy wiosną TVP 1 emitowała "Wojnę zastępczą", widzowie przecierali oczy ze zdumienia, a eksperci bili na alarm. Były oficer Agencji Wywiadu, ppłk. Marcin Faliński, nie zostawił na produkcji suchej nitki. Wskazał na zatrważające błędy merytoryczne i wprost zasugerował, że serial ma charakter dezinformacyjny i prorosyjski!

Według eksperta, takie "dzieło" uderza w bezpieczeństwo państwa i powinno w trybie natychmiastowym zniknąć z anteny. Co na to TVP? Włodarze stacji nabrali wody w usta. Niezdarnie tłumaczyli, że to przecież tylko "fikcja artystyczna" służąca budowaniu napięcia, a nie program dokumentalny. Problem w tym, że to był dopiero początek ich kłopotów.
"Kradzież w biały dzień i żenujący infantylizm"
Prawdziwa bomba wybuchła w połowie czerwca, kiedy sprawą zajęła się Rada Programowa TVP. Okazało się, że do biura prawnego wpłynęło oficjalne wezwanie od Mariusza Furmanka, byłego szefa Obrony Cywilnej Kraju. Zarzuty są druzgocące. Telewizja publiczna miała po prostu splagiatować jego autorski projekt "Operacja Bosfor"!
Kwota zadośćuczynienia zwala z nóg. Furmanek domaga się zapłaty aż 3 000 000 złotych! Sam autor nie gryzie się w język i brutalnie punktuje stację:
Dla mnie, jako autora 'Operacji Bosfor', serial jest nieco obraźliwy, jeżeli chodzi o poziom narracji. Bije od niego infantylizm
– miażdży produkcję TVP Furmanek w rozmowie z portalem Wirtualne Media.
Zaznacza przy tym, że jego ocenę podzielają inni znawcy tematu, w tym sama królowa polskich seriali, Ilona Łepkowska.
Twarde dowody na stole
Biuro Prawne TVP potwierdziło otrzymanie wezwania, ale póki co chowa głowę w piasek. Według nieoficjalnych przecieków stacja idzie w zaparte, upierając się, że scenariusz oparto na "doświadczeniach historycznych".

Autor rzekomo skradzionego pomysłu nie daje się jednak spławić tanimi wymówkami. Twierdzi, że ma w ręku potężne i niezaprzeczalne argumenty prawne. Złożył jasne ultimatum. Według niego albo stacja usiądzie do rozmów i naprawi wyrządzone szkody, albo spotkają się w sądzie, a pozew o 3 miliony złotych stanie się faktem.
Czy kierownictwo stacji zostało celowo zrobione w konia przez własnych scenarzystów, czy może liczyło, że sprawa rozejdzie się po kościach? Tak czy inaczej nad Woronicza zbierają się bardzo ciemne chmury, a za ten bałagan, jak zwykle, mogą ostatecznie zapłacić podatnicy.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze