„Tradycyjna chlebowość” i „syndrom impostora despite osiągnięć”. Afera Mróz-Gorgoń pokazała, jak bardzo zaśmiecony jest nasz język

„Despite rzeczywistych osiągnięć”. „Fatigue konsumencka”. „Guardianka”. Gdyby to były żarty z kabaretu, można by się pośmiać. Problem w tym, że to autentyczne fragmenty oficjalnego, rządowego raportu za prawie 200 tysięcy złotych. Afera wokół Barbary Mróz-Gorgoń ujawniła coś więcej niż tylko podejrzenia o wykorzystanie AI, a mianowicie pokazała, jak głęboko angielszczyzna wżarła się już w język, którym na co dzień posługują się eksperci, urzędnicy i politycy.

4 minut czytania
„Tradycyjna chlebowość” i „syndrom impostora despite osiągnięć”. Afera Mróz-Gorgoń pokazała, jak bardzo zaśmiecony jest nasz język
← Powrót na niezalezna.pl
„Tradycyjna chlebowość” i „syndrom impostora despite osiągnięć”. Afera Mróz-Gorgoń pokazała, jak bardzo zaśmiecony jest nasz język

Kiedy w sieci zaczęły krążyć fragmenty raportu „Polaków portret własny”, przygotowanego pod kierownictwem Barbary Mróz-Gorgoń za pieniądze Ministerstwa Sportu i Turystyki, internauci najpierw śmiali się z błędów rzeczowych, m.in., z Katowic leżących rzekomo w „północnym centrum” Polski czy pięciorga noblistów zamiast ośmiorga. Szybko okazało się jednak, że równie kuriozalna jak fakty jest sama warstwa językowa dokumentu.

Kolekcja anglicyzmów, które zawstydziłyby niejednego korpoludka

Dziennikarze i internauci, przeczesując 26 stron dokumentu, znaleźli w nim istny zbiór językowych potworków. Oto tylko niektóre z nich:

• „w erze fatigue konsumenckiej” – zamiast po prostu „zmęczenia konsumentów”;

• „archetyp opiekunki i guardianki” – w miejscu dobrze znanego polskiego słowa „strażniczka”;

• „w dobie instabilności politycznej” – zamiast „niestabilności”;

• „Polska ma głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” – gdzie polskie „cierpienie” nagle ustąpiło miejsca angielskiemu słowu wrzuconemu w środek zdania;

• a w jednym z najbardziej cytowanych fragmentów całość brzmi tak: „HIPOTEZA PSYCHOLOGICZNA: To wskazuje na SYNDROM IMPOSTORA na POZIOMIE NARODOWYM – Despite RZECZYWISTYCH OSIĄGNIĘĆ, BRAK WEWNĘTRZNEGO PRZEKONANIA o SWOJEJ WARTOŚCI”.

Oszust Palikot znów namawia na inwestycje. Internauci miażdżą go w komentarzach
Kilka tysięcy poszkodowanych, setki milionów złotych długów, dziewięć zarzutów prokuratorskich i cztery miesiące w areszcie, a były poseł Platformy Obywatelskiej, Janusz Palikot i tak wraca z nową propozycją „inwestycji życia”. Tym razem namawia na zakup nieruchomości w Hiszpanii, obiecując natychmiastowy zwrot 10 tysięcy euro. Internauci nie kryją niedowierzania i przypominają, że już kilka razy oszukał ludzi i oskubał na kasę.

Jak zauważył ekspert Instytutu Sobieskiego Sebastian Meitz, który jako pierwszy nagłośnił sprawę, całość napisana jest właściwie w swoistym „polglishu” albo „ponglish”, czyli hybrydowym języku będącym połączeniem polskiego z angielskim, w którym trudno się połapać, gdzie kończy się jedna mowa, a zaczyna druga. Sama autorka na antenie Polsat News, tłumacząc się z powstałej afery, określiła zresztą swój dokument mianem „work in progress”, co samo w sobie stało się jednym z bardziej ironicznych momentów całej sprawy.

To nie przypadek, tylko szerszy nawyk

Cała afera trafiła w czuły punkt, bo pokazała coś, co wielu Polaków podejrzewało od dawna: że w gabinetach eksperckich, korporacyjnych prezentacjach i oficjalnych dokumentach coraz częściej posługujemy się słownictwem, które ma brzmieć nowocześnie i profesjonalnie, ale w praktyce po prostu utrudnia zrozumienie tekstu. Wielu czytelników przyznaje wprost: regularnie kiwają głową na spotkaniach czy podczas lektury podobnych dokumentów, słysząc kolejne angielskie zwroty, których tak naprawdę nie rozumieją, żeby nie wyjść na osoby „niedzisiejsze”, zaściankowe czy po prostu niedoinformowane.

A przy okazji – BlaskOnline już to opisywał

Ironii całej sytuacji dodaje fakt, że niemal równolegle w sieci huczało od komentarzy pod adresem posłanki Koalicji Obywatelskiej Aleksandry Uznańskiej-Wiśniewskiej, absolwentki London School of Economics i Oxfordu. To ona jeszcze niedawno oceniała w rozmowie z Onetem poziom angielskiego prezydenta Karola Nawrockiego, sugerując, że głowa państwa powinna wykształcić „najwyższe kompetencje językowe” przydatne na arenie międzynarodowej.

Azerbejdżan buduje konkurencję dla Dubaju. 40 km od Baku wyrasta z ziemi całe miasto
Dubaj zna każdy: szklane wieżowce, sztuczne wyspy, luksus na pokaz. Teraz podobną wizję, tylko bliżej Europy, buduje sobie Azerbejdżan. 40 kilometrów od Baku wyrasta z ziemi sztuczna wyspa w kształcie półksiężyca i gwiazdy – symbolu z flagi kraju, widoczna nawet z samolotu, marina na jachty i dzielnica „Miami”. BlaskOnline sprawdził na miejscu, kto buduje pod Baku coś, co ma zdetronizować Dubaj i to dużo taniej. Tylko u nas.

Jak zauważaliśmy na łamach BlaskOnline już jesienią zeszłego roku, ironia tej sytuacji jest podwójna, bo krytykując cudzy angielski, posłanka sama regularnie gubi się we własnej, polskiej składni. W tej samej wypowiedzi dla Onetu, w której oceniała kompetencje językowe prezydenta, padło zdanie: „Dlatego bo, uważam że… pan prezydent wydaje mi się że posługuje się językiem komunikatywnym w języku angielskim” – konstrukcja, przy której trudno się połapać, gdzie zaczyna się, a gdzie kończy myśl. Nie umknęło to uwadze internautów ani komentatorów. Poseł PiS Paweł Jabłoński skwitował całą sprawę krótko: „czas to wreszcie powiedzieć: ona powinna w końcu nauczyć się mówić po polsku”. Nawet przychylnie do niej nastawieni komentatorzy, jak były ambasador RP Marek Magierowski, nie omieszkali wypunktować błędów w jej własnych wypowiedziach.

Sama posłanka nie odniosła się jak dotąd do najnowszej fali porównań jej stylu wypowiedzi ze sprawą raportu Mróz-Gorgoń.

Puryzm językowy wraca do łask

Cała ta historia, choć zaczęła się od pojedynczego, kuriozalnego raportu, rozpętała znacznie szerszą dyskusję o kondycji współczesnej polszczyzny. Bo skoro dokument przygotowywany przez profesor doktor habilitowaną, na zlecenie rządu, za pieniądze podatników, może być tak przesiąknięty niepotrzebnymi anglicyzmami, to może faktycznie mamy w Polsce do czynienia z czymś więcej niż jednostkowym niedopatrzeniem. Może to sygnał, że warto zacząć się zastanawiać, kiedy „granica” zamienia się w „boundary”, a „wgląd” w „insight” i czy zawsze tak musi.

Obserwuj nas w Google News

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami

Obserwuj

Dołącz do dyskusji!

Podziel się swoją opinią o artykule

💬 Zobacz komentarze