Lutoryż to nie jedyne miejsce. Trop prowadzi w kolejne, gdzie mógł działać makabryczny proceder

Śledztwo w sprawie szczątków nienarodzonych dzieci znalezionych w Lutoryżu zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Najnowsze ustalenia pokazują, że posesja na Podkarpaciu mogła być tylko jednym z miejsc związanych z działalnością lekarki. Jak ustaliły media, kobieta wcale tam nie mieszkała, a jej życie toczyło się pod Zamościem, gdzie została zatrzymana i gdzie, według dziennikarzy, spędzała większość czasu. To właśnie ten trop zaczyna przyciągać uwagę śledczych i internautów.

3 minut czytania
Powrót na niezalezna.pl

W sieci pojawia się coraz więcej komentarzy, że w tej niewielkiej miejscowości pod Zamościem mógł trwać proceder, o którym nikt nie miał pojęcia. Internauci pytają, czy to możliwe, że również tam, a nie tylko w Lutoryżu, odbywała się część nielegalnych działań. Padają sugestie o „tajnym miejscu pracy”, o „drugim adresie”, o „punkcie, gdzie mogło dochodzić do nielegalnych aborcji”. To spekulacje, ale ich skala pokazuje, jak bardzo ta historia wymknęła się poza ramy zwykłego postępowania medycznego.

Coraz więcej osób zwraca uwagę na logistykę. Dojazd z Zamościa do Rzeszowa to ponad 150 kilometrów w jedną stronę. Komentujący nie wierzą, że lekarka pokonywała tę trasę codziennie. Jeśli nie jeździła, to gdzie była? Co robiła? I czy materiał biologiczny trafiał wyłącznie do Lutoryża? To pytania, które dziś wybrzmiewają najgłośniej.

Dziesiątki szczątków płodów pod Rzeszowem. Internauci pytają, czy Magdalena H. „była aborterką?”
To jedna z tych historii, które wstrząsają opinią publiczną od pierwszej minuty. Śledczy ustalili, że zabezpieczone ponad sto fragmentów należało łącznie do 32 płodów znalezionych na posesji. Według wstępnych ustaleń miały należeć do lekarki, która tłumaczy, że wykorzystywała je do badań naukowych i że pochodziły z poronień naturalnych. Jej słowa zamiast uspokoić i zamknąć spekulacje,wywołały lawinę pytań typu: „czyżby pani doktor dorabiała na skrobankach..?”

Prokuratura nie potwierdza jeszcze, że prace zostaną przeniesione na Lubelszczyznę, ale nie wyklucza takiego scenariusza. Wypowiedzi śledczych sugerują, że analizowane są „różne lokalizacje”, a Zamość, jako miejsce realnego życia lekarki, staje się naturalnym kierunkiem. W tle pojawia się też informacja, że kobieta może stracić prawo wykonywania zawodu, co tylko podkreśla powagę sprawy.

Afera 28‑letniego lekarza KO puchnie. 11 godzin dziennie „wyrobił” tylko w jednym szpitalu. A pracuje w… czterech
Historia lekarza robi się coraz bardziej absurdalna. Im więcej liczb wypływa, tym mniej to wszystko trzyma się kupy. Oficjalnie w Warszawskim Szpitalu Południowym „wyrobił” 3976 godzin w rok, czyli 11 godzin dziennie, przez 365 dni bez przerwy. A to tylko jedno z jego miejsc pracy. Natomiast w dniach, w których według grafików miał dyżur, pojawiał się w mediach, na sesjach rady albo publikował posty na socjalach. Czyli doktorek był wpisany na dyżurze, kasa wpadała, o on gwiazdorzył w TVN i TVP.

Atmosfera wokół śledztwa gęstnieje z dnia na dzień. A pytanie, które jeszcze niedawno wydawało się abstrakcyjne, dziś wraca w setkach komentarzy: czy Lutoryż był tylko pierwszym miejscem, a kolejne prawdziwe tajemnice kryją się pod Zamościem?

Obserwuj nas w Google News

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami

Obserwuj

Dołącz do dyskusji!

Podziel się swoją opinią o artykule

💬 Zobacz komentarze