Dawid Kacprzyk jest zatrudniony jeszcze w trzech innych placówkach, ale tamtejsze grafiki nie zostały jeszcze ujawnione. To oznacza, że te 11 godzin to jedynie minimum, absolutna podstawa, a nie pełen obraz jego „doby zawodowej”.

Jeśli w pozostałych miejscach pracował choćby po kilka godzin dziennie, a przecież mógł, skoro ma tam kontrakty, to jego realny dzień musiał być dłuższy niż jakakolwiek znana doba.

Do tego dochodzą dojazdy między placówkami, które w Warszawie potrafią zająć godzinę w jedną stronę, oraz obowiązki radnego Ursusa, sesje rady, spotkania polityczne, regularne występy w telewizji i nagrywanie filmików na media społecznościowe. W praktyce wygląda to tak, jakby jego doba miała nie 24, ale 30, 35, a może i 40 godzin, bo inaczej zwyczajnie nie da się tego ułożyć w czasie.

Najbardziej bulwersujące jest to, że w dniach, w których według grafików miał pełnić dyżur, pojawiał się w mediach, na sesjach rady albo publikował posty z miejsc, które nie były szpitalem. Czyli doktorek był wpisany na dyżurze, kasa wpadała, o on gwiazdorzył, np w TVN.

Naczelna Izba Lekarska już złożyła zawiadomienie, a Koalicja Obywatelska w panice odcina się od swojego młodego działacza. Marcin Kierwiński ogłosił, że Kacprzyk opuszcza KO, choć w kuluarach mówi się, że to raczej KO opuściła jego.

Afera dopiero się rozkręca, bo wciąż nie znamy danych z trzech pozostałych placówek. Jeśli tam również „wyrobił” setki godzin, to cała historia może okazać się jeszcze bardziej niewiarygodna niż dziś. Na razie jedno jest pewne: matematyka nie kłamie, a ta historia zwyczajnie nie mieści się w 24‑godzinnej dobie.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze