Wieczór 25 lipca nie był zwykłym koncertem. To początek obchodów 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, a zarazem światowa premiera płyty „Łączy nas…”, albumu, który Błażej Król napisał specjalnie na zaproszenie Muzeum.

Dwanaście premierowych utworów, zainspirowanych powstańczym latem 1944 roku, ale, jak zapowiadano, niemówiących wyłącznie o przeszłości. To płyta o strachu jako pierwotnym mechanizmie obronnym, o stracie, o progu decyzji, w którym człowiek staje twarzą w twarz z zagrożeniem. Wystarczyło jednak posłuchać pierwszych taktów, żeby zrozumieć, że to również płyta o nas, o niepokoju, który towarzyszy dzisiejszemu światu.

Scena na tle historii
Kiedy o 21:00 zgasły ostatnie promienie lipcowego słońca, a mur muzeum zaczął odbijać pierwsze światła sceny, na widowni zapadła cisza, jakiej próżno szukać na typowym miejskim koncercie. Błażej Król wszedł bez wielkich fanfar w swoim stylu: enigmatycznie, oszczędnie, jakby chciał najpierw dać przestrzeń dźwiękom, a dopiero potem sobie. Publiczność, od nastolatków po powstańców i ich rodziny zaproszone na to szczególne wydarzenie, trwała w skupieniu, które trudno opisać inaczej niż jako wspólne oddychanie.

Największe emocje wzbudziły momenty, w których na scenie pojawiali się goście. Andrzej Piaseczny wniósł do repertuaru ciepło i doświadczenie, jego głos w duecie z Królem brzmiał jak rozmowa dwóch pokoleń polskiej muzyki. Chwilę później dołączyła Daria ze Śląska, a jej surowa, przejmująca barwa idealnie zderzyła się z melancholijnym, syntezatorowym tłem, jakie Król rozpisał na tę płytę. Utwór „Miałem zabrać cię nad rzekę”, jeden z tych, które krążyły już przed premierą, wybrzmiał na żywo z siłą, której żadne wcześniejsze zapowiedzi nie oddawały.

Muzyka, która nie boi się ciszy
To, co uderzało najbardziej, to odwaga w budowaniu napięcia przez ciszę. Król od lat znany jest z enigmatycznych tekstów i wieloznacznych metafor, ale „Łączy nas…” brzmi bardziej bezpośrednio niż jego wcześniejsze projekty. Między utworami, w krótkich przerwach, dało się wyczuć, jak bardzo ten album jest osobisty nie tylko dla artysty, ale dla całego miejsca, w którym powstał.
Za sceną, w tle, majaczył mur Muzeum Powstania Warszawskiego i to on, bardziej niż jakakolwiek scenografia, nadawał wieczorowi klimatu. Kiedy w pewnym momencie na telebimach pojawiły się archiwalne kadry z sierpnia 1944 roku, a muzyka przycichła do niemal akustycznego minimum, przez tłum przeszedł dreszcz. To nie był koncert „o” powstaniu, to było spotkanie z nim, poprowadzone językiem współczesnej muzyki alternatywnej.

Był to koncert, który udowodnił, że pamięć i współczesność potrafią się spotkać na jednej scenie bez zgrzytu. Dyrektor Muzeum, Jan Ołdakowski, mówił wcześniej, że artyści budują most między przeszłością a teraźniejszością – i tego wieczoru, w Parku Wolności, ten most rzeczywiście dało się przejść. „Łączy nas…” – tytuł płyty okazał się też najlepszym opisem samego wieczoru.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze