Od dekady oprawę na rondzie Dmowskiego organizuje środowisko Roberta Bąkiewicza: tłum ludzi, syreny, flagi, race, przemówienie.

Rok w rok ten sam scenariusz, znany każdemu, kto choć raz był w centrum o 17:00. Dla tysięcy Warszawiaków to ważny, emocjonalny rytuał, moment wspólnoty i hołdu dla Powstańców.

Dlatego wielu odebrało słowa Racewicz jako zgrzyt wobec ludzi, którzy przychodzą tam z autentycznej potrzeby serca.
W komentarzach przewija się myśl: jeśli komuś nie odpowiada ta forma, zawsze może zostać w domu, choćby z różowym orłem, który stał się znakiem jej własnych, bardziej performatywnych obchodów.
W praktyce mamy więc klasyczny internetowy zderzak: z jednej strony osobiste odczucia Racewicz, z drugiej wieloletnia tradycja, którą warszawiacy traktują jak swój sposób pamięci.

A dyskusja, jak co roku, rozgrzała się szybciej niż race na rondzie.






Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze