Helena Englert od jakiegoś czasu robi wszystko, by udowodnić, że jej obecność na polskich salonach to zasługa ciężkiej pracy, a nie znanego nazwiska. Jednak jej kolejne pomysły coraz bardziej przypominają eksperymenty artystyczne bez hamulców. Po pozowaniu na ziemi podczas premier i stylizacjach rodem z wczesnej Lady Gagi, przyszła pora na… karierę muzyczną.

Aktorka udostępniła właśnie swój pierwszy teledysk — „Pani Domu”, wydany pod pseudonimem Hela, bo najwyraźniej „artystyczne alter ego” to obowiązkowy element przy debiucie. W utworze padają m.in. linijki o byciu „całą mokrą jak podłoga” i „kanapkach z hajsem”. Taki miks Masłowskiej, Mister D., Julii Kamińskiej i Mery Spolsky — z tą drobną różnicą, że tamto miało jednak dystans.
Englert w rozmowie z dziennikarzami przekonuje, że piosenka ma głęboki sens:
„Jakimś cudem, z pozornego przypadku urodził się feministyczny, emancypacyjny, ale też na maksa gangsterski numer”
— zapewnia.

A na wypadek, gdyby ktoś nie ogarnął przekazu, dodaje:
„Nie każdy zrozumie, że to piosenka o zarabianiu pieniędzy, niebraniu narkotyków, ciężkiej pracy i niezależności”.
Sęk w tym, że jeśli trzeba tłumaczyć własną twórczość, to chyba coś poszło nie tak.
Ale prawdziwy „smaczek” kryje się w teledysku. Hela prezentuje się tam jako „seksualna i niebezpieczna”, wijąc się w bieliźnie na tle… worków ze śmieciami. Ktoś chyba uznał, że nic nie krzyczy „alternatywa” głośniej niż erotyzm w otoczeniu odpadów. Wisienką na torcie są wygibasy na desce do prasowania, które mają być zapewne ironiczne, ale coś poszło nie tak.

Czy Polska jest gotowa na tak „głęboki” artyzm? A może raczej — czy ktokolwiek jest w stanie traktować ten projekt poważnie?
Zobaczcie klip „Pani Domu”, jeśli macie odwagę. Może należycie do tego „elitarniego grona”, które — jak twierdzi sama artystka — zrozumie, „co poetka miała na myśli”.










Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze