Poranek, po którym wszystko się zatrzymało
27 maja 2023 r., kilka minut przed czwartą nad ranem, 16-letni Krzysztof wyszedł z rodzinnego domu w Pogroszewie Kolonii pod Warszawą. Kamery monitoringu odtworzyły część jego drogi do stolicy. Ostatnie nagranie pokazuje chłopaka wchodzącego na Most Gdański. Potem nie ma już nic.

Zaginięciem Krzysia żyła cała Polska. Plakaty, apele, poszukiwania na lądzie i wodzie. Mama wciąż wierzy, że syn żyje. Tata codziennie szuka odpowiedzi tam, gdzie urwał się ślad, czyli na Wiśle.
Od tamtego dnia minęło ponad trzy i pół roku. Ponad tysiąc dni bez syna.

Łódź, sonar i ojcowskie serce
Daniel Dymiński nie czekał, aż ktoś zrobi to za niego. Kupił sprzęt, nauczył się go obsługiwać, a część czujników zbudował sam. Wypływa na Wisłę z sonarem, dronem i kamerami podwodnymi. Mierzy poziom wody, analizuje nurt, sprawdza miejsca, do których trudno dotrzeć. Gdy coś przykuje jego uwagę, sam wchodzi do wody.
Nie jest sam. Wokół niego zebrała się grupa ludzi o wielkich sercach: nurkowie, ratownicy wodni, strażacy ochotnicy i pasjonaci poszukiwań. Wiosną tego roku podczas jednej akcji na Wisłę wypłynęło sześć łodzi z sonarami i ponad dwadzieścia osób.
Dziewięć rodzin, które dostały odpowiedź
Szukając syna, pan Daniel zaczął pomagać innym. Rodziny zaginionych proszą go o wsparcie, bo wiedzą, że on rozumie ich ból jak nikt inny. I że się nie podda.
W ciągu tych lat odnalazł w Wiśle dziewięć ciał. Dziewięć razy musiał zmierzyć się z widokiem, którego nikt nie chciałby oglądać. I dziewięć razy w ułamku sekundy musiał zadać sobie to straszne pytanie: czy to on? Czy to mój syn?
Za każdym razem odpowiedź brzmiała: nie. Wiosną, gdy jego ekipa szukała zaginionego 71-letniego naukowca, natrafiła na dwa ciała. Pan Daniel pisał wtedy krótko:
„Chcę jasno zaznaczyć, że obie odnalezione osoby to nie pan Sylwester ani mój syn, Krzysztof”.
I składał kondolencje obcym ludziom, choć sam wciąż czekał na swoją odpowiedź.
Sam nie lubi o tym liczyć.
„To nie chodzi o statystyki, a o rozwiązanie tragicznych spraw i danie odpowiedzi rodzinom”
– mówi. Wie lepiej niż ktokolwiek, że najgorsza jest niepewność. Każdego dnia żyje z pytaniem, na które nie ma odpowiedzi.

Roksana. „Była w wieku mojego syna”
We wtorek, 27 października, pan Daniel wypłynął na Wisłę w pobliżu Mostu Świętokrzyskiego. Szukał 13-letniej Roksany, która ponad dwa tygodnie wcześniej wyszła z domu na Ochocie i nie wróciła. O pomoc poprosili go jej znajomi, ale on i tak by pojechał.
„To była potrzeba serca”
– wyjaśnia. Roksana była niemal w tym samym wieku co Krzysztof, gdy zniknął.
Dzień wcześniej jego ekipa zrobiła rekonesans: czujniki, pomiary, analiza nurtu. We wtorek wrócili. Ciało znaleźli bardzo blisko miejsca, gdzie dziewczynkę widziano po raz ostatni. Według pana Daniela rzeczy znalezione przy ciele nie pozostawiają wątpliwości, że to Roksana. Policja nie potwierdziła jeszcze oficjalnie jej tożsamości.

„Nie wiem, skąd bierze na to siłę”
Historia ojca poruszyła tysiące ludzi. Damian Żurawski, radny z Sosnowca i społecznik, opisał ją w mediach społecznościowych. Jego wpis zaczyna się słowami:
„To, co za chwilę przeczytacie, wywoła u Was ciarki na plecach. U mnie wywołało”.
„Dziewięć rodzin, które czekały na swoich bliskich. Dziewięć razy musiał się zmierzyć z widokiem, którego nikt z nas nie chciałby zobaczyć. A przecież za każdym razem mógł myśleć także o swoim synu. Nie wiem, skąd bierze na to siłę. Naprawdę nie wiem”
– pisze.
I dziękuje w imieniu nas wszystkich:
„Panie Danielu, bardzo Panu za to dziękujemy. Za to, że mimo własnego bólu i tęsknoty za synem pomaga Pan innym rodzinom”.
Wciąż szuka. Wciąż wierzy
Pan Daniel nie ocenia innych, nie szuka winnych i nie chce rozgłosu. Po każdej akcji wraca na rzekę, bo tam może być odpowiedź na pytanie, które od trzech i pół roku nie daje mu spać.
„Nadzieja nie umiera”
– mówi.
„Szukamy dalej, na wodzie i na lądzie”.
Krzysztof, jeśli to czytasz, Tata wciąż na ciebie czeka.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze