Jak donoszą zagraniczne media, Britney Spears panicznie boi się, że niedawne zatrzymanie za kierownicą w stanie "pod wpływem" zostanie wykorzystane przeciwko niej jako dowód, że nie potrafi samodzielnie funkcjonować, i że ktoś zacznie naciskać na przywrócenie kurateli. Tej samej, z której wyrwała się po 13 latach walki.
Trudna historia sprzed 18 lat
Żeby zrozumieć, czemu ta myśl ją paraliżuje, trzeba cofnąć się do 2008 roku. Po serii publicznych incydentów sąd w Kalifornii objął ją przymusową kuratelą, oddając kontrolę nad jej życiem i finansami ojcu, Jamie Spearsowi. Przez ponad dekadę nie mogła sama decydować o niczym, od zakupów po wybór lekarza.

W swojej książce opisała, jak przez cztery miesiące musiała siedzieć w fotelu przez dziesięć godzin dziennie, siedem dni w tygodniu, i jak do dziś odczuwa uszkodzenie nerwów po prawej stronie ciała. Kuratela skończyła się w listopadzie 2021 roku po masowych protestach fanów pod hasłem #FreeBritney.
Noc na izbie wytrzeźwień
Na tym tle zatrzymanie z 4 marca nabiera zupełnie innego wymiaru. Patrol California Highway Patrol zauważył czarne BMW, jadące podejrzanie między pasami w pobliżu Thousand Oaks. Za kierownicą siedziała Britney. Na izbę wytrzeźwień trafiła o 3:02 w nocy, na wolność wyszła o 6:07 rano. Przy okazji policja znalazła przy niej Adderall i wysłała próbki do laboratorium.
Menadżer Spears, Cade Hudson, wydał oświadczenie, w którym napisał, że ma nadzieję, iż zatrzymanie będzie "pierwszym krokiem do dawno spóźnionych zmian". Rodzina naciska. Britney odrzuca sugestie bliskich, w tym matki Lynne, żeby przed majową rozprawą dobrowolnie zgłosiła do ośrodka terapeutycznego. Zdaniem amerykańskich mediów, gwiazda uważa, że taki krok nie byłby przejawem odpowiedzialności, lecz kapitulacją.

Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze