Kobieta, która nie umie przejść obok
W Charkowie, mieście wciąż pod ostrzałami, mieszka Tatiana Vidomenko. Od początku wojny na Ukrainie, opiekuje się zwierzętami porzuconymi przez swoich, uciekających przed wojną, właścicieli. Ogromna część z nich, to koty rasowe. Dodatkowo Tatiana zna w tym mieście prawdopodobnie każdy zaułek, w którym żyją bezdomne zwierzęta, ponieważ to ona, krok po kroku, ulica po ulicy, dokarmia je i sprawdza, czy nikomu nic nie grozi. Część zwierząt zna z imienia, ponieważ widuje je regularnie przy tych samych klatkach schodowych, podwórkach, garażach. Inne dopiero uczą się, że człowiek z jedzeniem w torbie nie jest zagrożeniem, tylko ratunkiem.

Z czasem te codzienne obchody przerodziły się w coś więcej niż dokarmianie. Dziś pod jej opieką jest kilkadziesiąt kotów. Dokarmia, odrobacza, leczy, szczepi. Każdą złotówkę, którą ludzie wpłacają na jej działania, dokumentuje zdjęciami paragonów, żeby nikt nie miał wątpliwości, na co idą pieniądze. To rzadkość w świecie internetowych zbiórek, ale dla Tatiany to oczywistość: ludzie dają jej pieniądze z zaufania, więc to zaufanie trzeba spłacać przejrzystością.
Prawie codziennie publikuje zdjęcia swoich kotów na Facebooku. Każde z nich ma imię, historię, charakter. I każde czeka na to samo, na kogoś, kto zechce je kochać.
Jak tłumaczyła Tatiana, „zwierzęta ratują ja przed wojną”. W tle jest jej osobista tragedia. „Ja pomagam tym, którzy sami nie potrafią sobie pomóc”.
Tatiana Vidomenko odmieniła życie już 370 zwierzętom.
Most między Charkowem a Tarnowskimi Górami
Znalezienie domu dla ukraińskiego kota to dopiero połowa pracy. Drugą połowę bierze na siebie pani Ania, lekarka okulistka z Tarnowskich Gór, która sama ma w domu koty od Tatiany. To ona rozmawia z każdą osobą chcącą przygarnąć zwierzaka. Pyta o warunki, o doświadczenie, o to, czy w domu jest balkon, czy są dzieci, czy ktoś już miał kota. Dopiero gdy wszystko się zgadza, Tatiana zaczyna przygotowywać podopiecznego do podróży: czipowanie, szczepienia, komplet dokumentów. Pani Ania odpowiada za logistykę podroży kotów po całej Polsce.
To właśnie ten etap najbardziej testował cierpliwość wszystkich zaangażowanych. Pod koniec kwietnia zaostrzono przepisy o przewozie zwierząt z Ukrainy. Teraz jedna osoba może zabrać przez granicę tylko pięć kotów, więc Tatiana musiała zawrócić z drogi do Polski z dwudziestoma podopiecznymi i wracać z nimi do Charkowa. Tamta podróż, jak sama później napisała, była najgorszym doświadczeniem. Błąd w papierach i nowe przepisy sprawiły, że koty po dwóch dobach zamknięte w transporterkach musiały przejechać ponad 1100 kilometrów z powrotem do Charkowa. Łącznie spędziły w klatkach trzy doby. Tatiana nie spała, bez przerwy wietrzyła samochód, żeby zwierzętom było choć trochę lżej, i przez całą drogę zamartwiała się, czy wszystkie dojadą żywe. Gdy ten problem rozwiązano, pojawił się następny: koty musiały mieć ważne szczepienie przeciwko wściekliźnie i odpowiedni czas na wytworzenie odporności. Transport znów trzeba było przełożyć.
Noc, w którą wszystko się wreszcie udało
20 czerwca, około godziny 19, Tatiana i kierowca wyjechali z Charkowa z dwudziestoma kotami w transporterkach. Tatiana, jak się później okazało, sama zmagająca się z nawrotem anginy i gorączką, przez całą drogę nie odstępowała zwierząt na krok. Pisała na grupie, nagrywała głosówki, odpowiadała na pytania zdenerwowanych, czekających w Polsce nowych opiekunów. Opisywała, jak koty miauczą ze strachu, jak niektóre wymiotują z nerwów, jak próbuje je głaskać i uspokajać własnym głosem, mimo że sama z trudem mówiła.
Wystarczy spojrzeć na zdjęcia z tej podróży, by zrozumieć, czym faktycznie była ta noc. Tylne siedzenie samochodu i cały bagażnik wypełniony transporterkami, ułożonymi w dwóch poziomach, jedna warstwa na drugiej. Między klatkami wciśnięte ręczniki papierowe, chusteczki, butelka wody. W środku transporterów miski z wodą, otwarte puszki, byle koty miały siłę przetrwać kolejne kilometry.
Na jednym zdjęciu widać kota wtulonego w głąb klatki, jak najdalej od siatki, z przerażeniem w oczach. Na innym kota, który już oswojony z aparatem, patrzy prosto w obiektyw, czujny, ale spokojniejszy. To są dwie twarze tej samej podróży: panika i powolne przyzwyczajanie się do tego, że może nic złego się nie stanie.
W pewnym momencie nocy auto stoi już na pustym parkingu przy stacji, transporterki wyciągnięte na zewnątrz, drzwi bagażnika otworzone na oścież. To przerwa w drodze, czas na sprawdzenie, czy wszystkie koty żyją, oddychają spokojnie, mają jeszcze wodę. Dwadzieścia par kocich oczu w ciemności, dwadzieścia serc bijących szybciej niż powinny, i jedna kobieta, która co kilka godzin zatrzymuje samochód by się przekonać, że nikomu nic nie jest.
Najdłużej trwało przejście przez granicę ukraińsko-polską w Krakowcu-Korczowej. Ponad siedemnaście godzin na granicy, w rosnącym upale, zanim wszystkie koty przeszły weterynaryjną weryfikację i dostały pozwolenia na wjazd do Unii Europejskiej. Jak nieoficjalnie powiedziała Tatiana, żeby wyrobić certyfikaty potrzebne do przekroczenia granicy ukraińsko-polskiej, „musiała zapłacić”.
Żeby spełnić limity, polscy wolontariusze przechodzą na stronę ukraińską, biorą część kotów i czekają kilkanaście godzin na granicy, żeby wwieźć zwierzęta do Polski. Później są już gotowe rozwieźć zwierzęta w różne zakątki kraju, do domów, które od tygodni na nie czekały.
Tatiana już po północy dała znać, że przeszła granicę ukraińską i czeka w kolejce do polskiej. Niestety kilka godzin później okazało się, że nie została z pięcioma kotami wpuszczona do Polski. Celnicy zarzucili jej handel kotami, nie uwierzyli, że ktoś może tyle poświęcać dla zwierząt i robić to bezinteresownie. Czeka je więc znów ponad tysiąc kilometrów drogi, w ciasnych kontenerkach, w drodze powrotnej do Charkowa.
Koniec odysei, początek nowego życia
Wszyscy wolontariusze, wraz ze zwierzętami przekroczyli granicę dopiero ok. drugiej w nocy. Niestety nie udało się wwieźć wszystkich kotów. Polską granice przekroczyło piętnaście. Rano 22 czerwca, po ponad trzydziestu sześciu godzinach w transporterkach i ponad 1300 przejechanych kilometrach, zwierzęta wreszcie dotarły do swoich nowych domów. Strach na granicy zamienił się w pierwsze ostrożne kroki po nieznanym mieszkaniu, pierwsze miski z jedzeniem podane przez kogoś, kto już je kocha, mimo że dopiero teraz spotykają się na żywo.
W Charkowie, w mieszkaniu i na ulicach wciąż czeka na Tatianę kilkadziesiąt innych kotów. Każdy z nich przeszedł już to, co najgorsze: wojnę, głód, czasem ranę czy chorobę. Czego im brakuje, to tylko jednego telefonu, jednej decyzji, jednego człowieka, który napisze do pani Ani albo do Tatiany: „chcę dać dom kociakowi”.
Jeśli czytasz to i czujesz, że masz w domu miejsce na jedno kocie serce, to może właśnie Twój moment. Tatiana zrobiła swoją część. Przejechała setki kilometrów, nie spała, chorowała, znosiła upał i biurokrację, żeby te koty miały szansę na życie. Teraz potrzebuje tylko ludzi gotowych otworzyć drzwi.
Jeśli chcesz pomóc Tatianie w dokarmianiu kotów, tu LINK do zbiórki.
Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze