Awantura na przystanku, która skończyła się w domu dziecka
Wszystko zaczęło się 14 sierpnia na warszawskiej Białołęce. Horna-Cieślak miała być świadkiem, jak matka szarpnęła dziecko i krzyknęła na nie, bo, jak sama tłumaczyła później przed sądem, maluch nagle wbiegł na jezdnię. Gdy rzeczniczka zwróciła kobiecie uwagę, ta miała ją obrazić.

Od tego momentu Horna-Cieślak osobiście zaangażowała się w sprawę, dążąc do odebrania dzieci rodzicom. Efekt? Ani policja, ani kurator sądowy, ani sąd rodzinny nie widzieli podstaw do tak drastycznego kroku. Mimo to, po nadzwyczajnym spotkaniu z udziałem RPD i komendanta stołecznego policji, funkcjonariuszka wydała rodzicom nakaz opuszczenia mieszkania, a dzieci trafiły do placówki.

„WON ze stanowiska, z biura, z przestrzeni publicznej i od naszych dzieci”
Sąd ostatecznie nakazał natychmiastowy powrót dzieci do rodziców, oceniając działania rzeczniczki jako mogące nosić znamiona „przemocy instytucjonalnej” . To właśnie ten wyrok stał się iskrą dla wpisu Tomasza Wolnego, który, jak sam przyznaje, początkowo w tę historię nie wierzył.
„Wysłuchałem tego, co do powiedzenia ma i pani, i sąd, który pani działania zgruzował, anihilował, zmasakrował, nie zostawiając na pani szaleństwie suchej nitki”
— napisał, zwracając się bezpośrednio do rzeczniczki. Dalej nie szczędził słów:
„Mam pani do powiedzenia tylko i aż tyle: WON!! ze stanowiska, z biura, z przestrzeni publicznej i od naszych dzieci” .

Autor wpisu, przedstawiający się jako „świadomy tata trójki dzieci” , dodał złośliwie, że w jego domu
„co prawda nie znajdzie pani, o zgrozo, butelek piwa, ale za to pewnie ze skrzynkę wina” ,
odnosząc się w ten sposób do wcześniejszych wypowiedzi rzeczniczki o alkoholu w domach rodzin.

RPD odpiera zarzuty
Sama Horna-Cieślak nie zostawiła sprawy bez komentarza. Na platformie X tłumaczyła, że była
„bezpośrednim świadkiem stosowania przemocy fizycznej i psychicznej wobec dzieci w miejscu publicznym” ,
co, jej zdaniem, nakładało na nią prawny obowiązek podjęcia działań. Przywołała też głośną sprawę ośmioletniego Kamilka z Częstochowy, w której sąd rodzinny wcześniej uznawał dzieci za bezpieczne, mimo że chłopiec ostatecznie zginął.

Kłamstwo w tle?
Na dodatek dziennikarze Kanału Zero mieli ujawnić, że Horna-Cieślak publicznie twierdziła, jakoby dzieci wciąż przebywały „w bezpiecznym miejscu” z dala od rodziców, podczas gdy w rzeczywistości od jakiegoś czasu są już z powrotem pod opieką matki.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze