Premiera w Niemczech i lekcja moralności gratis
Film Michała Kwiecińskiego z Erykiem Kulmem w roli Chopina wszedł do niemieckich kin 22 października pod tytułem „Chopin. Sonata w Paryżu”. W Polsce produkcja za 72 mln zł zebrała m.in. cztery Orły i Brązową Żabę na Camerimage.
Niemiecka prasa zajęła się jednak głównie tym, czego w filmie nie ma. Jak zrelacjonowała Deutsche Welle, Manuel Brug z „Die Welt” narzeka, że film po raz kolejny pokazuje Chopina jako heteroseksualistę, choć, jego zdaniem, przeczą temu listy kompozytora.
„Tego jednak film nie pokazuje i nie ma odwagi pokazać, choć czasy powinny już do tego dojrzeć: Chopin, którego imię nosi warszawskie lotnisko (…) kochał mężczyzn”
– pisze Brug. I dorzuca zdanie, które w Polsce wywołało burzę:
„Problem w tym, że nie w ultrakatolickiej Polsce”.

„Polacy nie chcą”. Skąd oni to wiedzą?
Podobnie wypowiada się „Berliner Morgenpost”. Gazeta pyta, czy muzykologia uprawiała „straightwashing”, czyli przedstawiała Chopina jako heteroseksualnego, i kończy:
„Najwyraźniej Polacy nie chcą oglądać swojego bohatera w takim ujęciu”.
Najwyraźniej? A kto ich pytał? Niemiecki recenzent, który obejrzał jeden film, wie, czego chce 38 mln Polaków. Wie też, że film o Chopinie nakręcony w Polsce musi być dowodem na polskie kompleksy, a nie na przykład na wybór artystyczny reżysera.

Chopin, nasza świętość i niemiecka wyższość
Najbardziej uwiera ton niemieckich recenzentów. „Die Welt” wyśmiewa „pruderyjną biografistykę XIX wieku”, a Polskę opisuje jak zacofany skansen, który dopiero musi „dojrzeć”. Film Kwiecińskiego nazywa przy tym „chaotycznym, przewidywalnym i przez to nużącym”.
Trudno nie zadać pytania: czy gdyby taki film nakręcili Niemcy o Beethovenie, ktoś w Warszawie pisałby, że „ultraprotestanckie Niemcy nie mają odwagi”? Czy może to po prostu kolejna okazja, żeby pouczyć Polaków, którzy mają kompozytora, jakiego zazdrości im cały świat?
Nie wszyscy w Niemczech pieją z oburzenia
Uczciwie trzeba dodać, że nie cała niemiecka prasa poszła tą drogą. Wolfram Goertz z „Die Zeit” pisze, że twórcom udała się rzadka sztuka, bo spektakularnie pokazali, jak pracują kompozytorzy. Chwali Kwiecińskiego za to, że z „polskiej narodowej świętości” zrobił wiarygodnego człowieka, a Eryka Kulma za charyzmę.

Skąd w ogóle ta teoria?
Wszystkie niemieckie recenzje powołują się na tę samą książkę: „Mężczyźni Chopina” szwajcarskiego dziennikarza muzycznego Moritza Webera. Weber już w 2020 r. w audycji szwajcarskiego radia SRF przekonywał, że listy Chopina, zwłaszcza do przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego, zawierają wątki homoerotyczne, a biografowie je przemilczali.
Polscy eksperci od lat odpowiadają, że sprawa nie jest taka prosta. Narodowy Instytut Fryderyka Chopina podkreślał wtedy, że czułe, egzaltowane zwroty do przyjaciół były w epoce romantyzmu normą, a w polszczyźnie brzmią inaczej niż w tłumaczeniu. Nawet amerykański tłumacz listów Chopina, prof. David Frick z Yale, uznał za absurd tezę, że przekłady celowo zmanipulowano.
Krótko mówiąc: to jest spór historyków, który trwa i będzie trwał. A nie dowód na to, że Polacy „boją się prawdy”.

Chopin jest nasz i nie potrzebujemy nauczania od Niemców
Kogo kochał Chopin, nie wiemy na pewno i być może nigdy się nie dowiemy. Wiemy za to, że jego muzyka, jego tęsknota za Polską i jego serce, które spoczywa w kościele Świętego Krzyża w Warszawie, należą do nas. Polskie kino ma prawo pokazać go tak, jak chce, a niemieccy recenzenci mają prawo go krytykować. Tylko lekcji z polskości od sąsiadów zza Odry naprawdę nie potrzebujemy.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze