Harry i Meghan grają va banque. W Wielkiej Brytanii padło słowo „szantaż”

Wokół księcia Harry’ego i Meghan Markle ponownie zrobiło się gorąco. Pobyt Sussexów w Wielkiej Brytanii wywołał dyskusję o bezpieczeństwie, policyjnej ochronie i pieniądzach podatników. Głos zabierają też królewscy komentatorzy, a Angela Levin użyła wyjątkowo mocnego określenia: „szantaż”. Skąd tyle emocji?

3 minut czytania
Harry i Meghan grają va banque. W Wielkiej Brytanii padło słowo „szantaż”
Facebook
← Powrót na niezalezna.pl
Harry i Meghan grają va banque. W Wielkiej Brytanii padło słowo „szantaż”

Sussexowie wrócili do Wielkiej Brytanii

Po latach spędzonych przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych Harry i Meghan ponownie pojawili się w Wielkiej Brytanii. Towarzyszą im dzieci - Archie i Lilibet. Para nie ujawnia miejsca swojego pobytu, powołując się na względy bezpieczeństwa. I właśnie bezpieczeństwo ponownie znalazło się w centrum całego zamieszania.

Sprawa ciągnie się od 2020 roku, kiedy Sussexowie zrezygnowali z roli pracujących członków rodziny królewskiej. Jedną z konsekwencji tej decyzji była zmiana zasad dotyczących finansowanej przez państwo ochrony policyjnej. Harry od dawna zabiega o rozwiązania, które pozwoliłyby jemu i jego rodzinie bezpiecznie przebywać w ojczyźnie.

Teraz kwestia ochrony znów rozpala brytyjskich komentatorów. Od decyzji władz może bowiem zależeć nie tylko komfort pobytu Sussexów na Wyspach, ale również to, jak często i na jak długo będą się tam pojawiać.

Niespodziewany ruch króla Karola III. Harry i Meghan dowiedzieli się w ostatniej chwili
Harry i Meghan wrócili do Wielkiej Brytanii po sześciu latach, ale Karol III szybko postawił sprawę jasno. W specjalnym liście przypomniano, że Sussexowie pozostają prywatnymi obywatelami i nie wracają do grona pracujących członków rodziny królewskiej. Co więcej, para miała być zaskoczona tym, że pałac zdecydował się wydać komunikat właśnie teraz.

Padło mocne słowo: „szantaż”

Szczególnie ostro sytuację oceniła Angela Levin, komentatorka od lat zajmująca się brytyjską rodziną królewską. Jej zdaniem deklaracje otoczenia Harry’ego i Meghan, sugerujące możliwość powrotu pary do Stanów Zjednoczonych w przypadku niekorzystnego rozstrzygnięcia, przypominają stawianie władzom ultimatum. Levin poszła jeszcze dalej i określiła tę sytuację mianem „szantażu”.

To oczywiście opinia komentatorki, ale dobrze pokazuje temperaturę dyskusji na Wyspach. Spór nie dotyczy już wyłącznie bezpieczeństwa Harry’ego, Meghan i ich dzieci. Równie istotne stało się pytanie, kto miałby za taką ochronę zapłacić — szczególnie jeśli w grę wchodzą środki publiczne.

Nowy rozdział Katarzyny Figury. To nie jest zwykły powrót
Katarzyna Figura przez lata była jedną z najbardziej wyrazistych twarzy trójmiejskiej sceny teatralnej. Teraz warszawianka ponownie coraz mocniej zaznacza swoją obecność w stolicy. Gra w kilku teatrach, mierzy się z wymagającymi rolami, a już szykuje kolejną premierę. Jej termin trudno uznać za przypadkowy — spektakl zadebiutuje dokładnie w dniu 65. urodzin aktorki.

W tle są naprawdę duże pieniądze

Na finansowy wymiar całej historii zwrócił uwagę również Richard Eden z „Daily Mail”. Według jego argumentacji przyznanie Sussexom państwowej ochrony w Wielkiej Brytanii mogłoby mieć konsekwencje wykraczające poza sam pobyt rodziny na Wyspach.

Komentator rozważa, czy taki status nie wzmocniłby pozycji Harry’ego i Meghan w ewentualnych staraniach o podobne rozwiązania podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych. Dla Sussexów miałoby to ogromne znaczenie finansowe - profesjonalna ochrona rodziny o takiej rozpoznawalności może generować bardzo wysokie koszty.

I właśnie dlatego historia, która na pierwszy rzut oka wygląda jak kolejny rozdział rodzinnego konfliktu Windsorów, ma znacznie bardziej przyziemne tło. W centrum pozostają bezpieczeństwo, publiczne pieniądze i pytanie o to, jakie przywileje powinny przysługiwać parze, która kilka lat temu świadomie wycofała się z pierwszego szeregu brytyjskiej monarchii.

Jastrzębowski ruszył z pomocą i... Mamy zeznania Śledzia
„Miałby bardzo dużo ciekawego do powiedzenia” - tak Andrzej Stankiewicz z Onetu mówił o Grzegorzu Horodce ps. „Śledziu”, który miał być świadkiem w procesie wytoczonym wydawcy portalu przez prezydenta Karola Nawrockiego. Ostatecznie sąd go nie przesłuchał. Sławomir Jastrzębowski postanowił więc – jak ironicznie napisał - „pomóc Onetowi” i przypomniał dawny wpis Horodki. Padają w nim nazwiska m.in. Donalda Tuska i Jacka Karnowskiego.

Obserwuj nas w Google News

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami

Obserwuj

Dołącz do dyskusji!

Podziel się swoją opinią o artykule

💬 Zobacz komentarze