Crazy Horse: polska rodzina od ponad 70 lat buduje największą rzeźbę świata

BlaskOnline – reportaż z Czarnych Wzgórz w Dakocie Południowej, z najświeższymi zdjęciami nadesłanymi przez naszego czytelnika, który odwiedził to miejsce osobiście.

11 minut czytania
Crazy Horse: polska rodzina od ponad 70 lat buduje największą rzeźbę świata
Powrót na niezalezna.pl

Siedemnaście mil (ok. 27 km) od słynnego Mount Rushmore, w sercu Czarnych Wzgórz, od ponad siedemdziesięciu ośmiu lat trwają prace, które nie skończyły się za życia osoby, która je zaczęła i być może nie skończą się nawet za życia jej wnuków. To Crazy Horse Memorial: gigantyczna rzeźba w skale, która ma przedstawiać wodza Lakotów, Szalonego Konia, dosiadającego pędzącego rumaka i wskazującego ręką ziemie swojego ludu. Gdy zostanie ukończona, będzie największą rzeźbą świata.

Autorem projektu i jedynym rzeźbiarzem, który osobiście rozpoczął kucie tej góry, był syn polskich imigrantów – Korczak Ziółkowski. To on, zanim jeszcze wziął na warsztat Szalonego Konia, przyłożył rękę do wykucia twarzy amerykańskich prezydentów na Mount Rushmore. Dziś jego dzieło kontynuuje już trzecie pokolenie rodziny o polskich korzeniach.

Człowiek, który pomagał kuć prezydentów, a potem wykuł całe swoje życie w innej górze

Henry Standing Bear, wódz Lakotów i krewny Szalonego Konia po kądzieli, już w latach trzydziestych XX w. próbował namówić samego Gutzona Borgluma, twórcę Mount Rushmore, żeby dołożył na tej samej górze wizerunek Szalonego Konia obok czterech prezydentów. Razem z bratem Lutherem pisali w tej sprawie listy i naciskali na władze, ale Borglum ich zwyczajnie zignorował.

Dopiero gdy ten pomysł ostatecznie upadł, Standing Bear zmienił strategię. W 1939 roku zwrócił się do Departamentu Spraw Wewnętrznych USA z zupełnie inną propozycją: zaoferował oddanie części własnej, prywatnej ziemi rolnej w zamian za prawo do wykorzystania jałowej wówczas góry Thunderhead pod osobny pomnik ku czci swojego ludu. Rząd się zgodził. Dopiero mając już zabezpieczoną górę, wódz zaczął szukać rzeźbiarza i prywatnych funduszy. Wtedy napisał list do Korczaka Ziółkowskiego, prosząc go o pomoc w budowie pomnika ku czci rdzennych bohaterów Ameryki. Chciał, by biali ludzie wiedzieli, że „czerwoni ludzie też mają swoich wielkich bohaterów”.

Ziółkowski nie był przypadkowym adresatem. Urodzony w Bostonie syn polskich imigrantów, osierocony w młodym wieku, wychował się w domach zastępczych i sam nauczył się rzeźbić. Latem 1939 roku, tuż przed tym listem, pracował jako asystent Gutzona Borgluma właśnie przy Mount Rushmore. Właśnie zdobył rozgłos po zdobyciu pierwszej nagrody na Wystawie Światowej w Nowym Jorku. To sprawiło, że Standing Bear w ogóle o nim usłyszał. Dwaj mężczyźni spotkali się osobiście i razem zwiedzili potencjalne miejsca pod przyszłą rzeźbę.

Po wojnie, Ziółkowski został ranny podczas lądowania w Normandii, rzeźbiarz przeniósł się do Czarnych Wzgórz na stałe. Sam wolał skały w górach Teton w Wyoming, bo lepiej nadawały się do kucia, ale Lakotowie chcieli, by pomnik powstał w świętych dla nich Czarnych Wzgórzach. Pierwszy wybuch dynamitu rozpoczynający prace nastąpił 3 czerwca 1948 roku. Ziółkowski miał wtedy prawie 40 lat i, jak sam mówił żonie po ślubie, jego priorytety układały się tak: najpierw góra, potem ona, potem dzieci.

Kim właściwie był Szalony Koń i dlaczego tak bardzo zależało na nim Indianom

Żeby zrozumieć, dlaczego Standing Bear tak uparcie zabiegał o ten pomnik, trzeba wiedzieć, kim był jego bohater. Tashunka Witko, czyli Szalony Koń, urodził się około 1840 roku wśród Oglala Lakotów, na terenach dzisiejszej Dakoty Południowej. Od młodości wyróżniał się jasną karnacją i kręconymi włosami, co czyniło go inaczej wyglądającym niż rówieśnicy, ale przede wszystkim zasłynął jako genialny taktyk i nieustraszony wojownik, który przez ponad dekadę bronił ziem swojego ludu przed napływającymi osadnikami, kolejami i wojskiem.

Jego największym momentem chwały była bitwa nad Little Bighorn w czerwcu 1876 roku, znana też jako „ostatnia szarża Custera”. To właśnie manewr Szalonego Konia, szarża z dużą grupą wojowników kilka kilometrów wzdłuż rzeki, odcinająca żołnierzom drogę odwrotu, zdecydował o klęsce oddziału pułkownika George’a Custera. Zginęło wtedy niemal 270 amerykańskich żołnierzy, a Szalony Koń, wspólnie z Sitting Bullem, zapisał się jako jeden z ludzi, którzy zadali armii USA jedną z najdotkliwszych porażek w historii wojen z rdzennymi mieszkańcami Ameryki.

Poza polem bitwy Szalony Koń był postacią wyjątkowo skromną. Nie szukał osobistej sławy, unikał rozgłosu i, jak głosi legenda, do końca życia odmawiał robienia sobie zdjęć, bo wierzył, że aparat „kradnie duszę”. Rok po Little Bighorn, w obliczu głodu i wyniszczających pościgów wojska, zdecydował się poddać, licząc na ochronę swoich ludzi. Zginął we wrześniu 1877 roku w Camp Robinson w Nebrasce, przebity bagnetem przez strażnika podczas szamotaniny, gdy próbowano go zamknąć w areszcie. Okoliczności jego śmierci do dziś budzą kontrowersje i są odczytywane przez wielu Lakotów jako zdrada.

Dla Standing Beara i innych wodzów Szalony Koń był więc oczywistym wyborem na symbol. Kimś, kto naprawdę walczył o ziemię i sposób życia swojego ludu, a nie postacią wykreowaną na potrzeby turystyki. Stąd ta gorycz, gdy w tym samym czasie w sąsiedniej górze rząd federalny kuł twarze prezydentów, z których część, jak choćby Lincoln czy Waszyngton, kojarzona jest przez wielu rdzennych Amerykanów z politykami wymierzonymi wprost przeciwko Indianom. Pomnik Crazy Horse miał być odpowiedzią: dowodem, że „czerwoni ludzie też mają swoich wielkich bohaterów”.

„Nigdy nie wezmę od nich pieniędzy”. Dlaczego to musiało być prywatne

To jeden z najważniejszych, a często pomijanych wątków tej historii. Ziółkowski, pracując latem 1939 roku jako asystent przy Mount Rushmore, widział z bliska, jak funkcjonowanie pomnika finansowanego przez rząd federalny wygląda od kuchni. Gutzon Borglum musiał regularnie jeździć do Waszyngtonu i tygodniami zabiegać u polityków o kolejne transze pieniędzy, żeby prace w ogóle mogły trwać. Ruth Ziółkowski wspominała później, że jej mąż, patrząc na to, doszedł do wniosku, że sam nigdy nie będzie w stanie funkcjonować w ten sposób. Efekt tych politycznych rozgrywek był zresztą widoczny gołym okiem. Mount Rushmore nigdy nie zostało w pełni ukończone zgodnie z pierwotnym planem: prezydenci mieli być wyrzeźbieni aż od pasa w górę, a gdy zabrakło funduszy, projekt po prostu ogłoszono za zamknięty.

Dla Ziółkowskiego to była nauczka na całe życie. Postanowił, że Crazy Horse nigdy nie będzie zależny od budżetu żadnej administracji. Ani demokratycznej, ani republikańskiej, bo to oznaczałoby, że w każdej chwili jakiś rząd mógłby wstrzymać finansowanie, zażądać zmian w projekcie albo, w skrajnym przypadku, przejąć nad nim kontrolę. Gdy więc rząd federalny dwukrotnie oferował mu dofinansowanie, za każdym razem po 10 milionów dolarów, sumy, które realnie mogłyby pozwolić ukończyć rzeźbę jeszcze za jego życia, Ziółkowski odmówił. Zamiast tego przez lata utrzymywał budowę z symbolicznych opłat za wstęp, prowadzenia własnej fermy mlecznej i tartaku na terenie posiadłości. Ta zasada przetrwała do dziś: fundacja nadal nie przyjmuje ani centa pieniędzy podatników i utrzymuje się wyłącznie z biletów wstępu oraz darowizn, dzięki czemu, jak podkreśla rodzina, to wyłącznie Lakotowie i darczyńcy decydują o losach tego miejsca, a nie kolejne administracje w Waszyngtonie.

Skala tego przedsięwzięcia trudno sobie wyobrazić, dopóki nie zobaczy się liczb obok siebie. Ukończona rzeźba ma mieć 172 metry wysokości i niemal 195 metrów długości. Sama głowa Szalonego Konia, już ukończona i odsłonięta w 1998 roku, mierzy około 27 metrów, czyli jest niemal dwukrotnie większa od głów prezydentów, które mają po 18 metrów. Członkowie fundacji lubią powtarzać, że cała czwórka prezydentów z Mount Rushmore zmieściłaby się w samej głowie konia, na którym siedzi Szalony Koń.

W odwiedzanym przez turystów centrum powitalnym stoi gipsowy model w skali 1:34, wykonany osobiście przez Ziółkowskiego i to na jego podstawie ekipa pracuje do dziś, blok po bloku, centymetr po centymetrze.

Dlaczego to trwa tak długo

Mount Rushmore powstawał czternaście lat, z czego realnie kuto skałę tylko przez sześć sezonów. Crazy Horse jest w budowie od 1948 roku i wciąż nie ma wyznaczonej daty zakończenia. Powodów jest kilka. Po pierwsze – skala: to nie płaskorzeźba, tylko pełnoprzestrzenna, trójwymiarowa figura jeźdźca na koniu, znacznie trudniejsza technicznie niż uproszczone popiersia prezydentów. Po drugie – pieniądze: jak już wiemy, fundacja z rozmysłem odrzuca fundusze federalne i utrzymuje się wyłącznie z biletów wstępu i darowizn, co ogranicza tempo prac, ale gwarantuje niezależność. Po trzecie – pogoda: surowe zimy Dakoty Południowej skutecznie ograniczają liczbę miesięcy, w których w ogóle można bezpiecznie pracować na wysokości.

Przez pierwsze dekady tempo prac było, delikatnie mówiąc, żółwie. Ziółkowski pracował właściwie ręcznie, korzystając głównie z teodolitu do pomiarów i podstawowego sprzętu wiertniczego. Przełom przyniosły ostatnie dwie–trzy dekady, a zwłaszcza ostatnie kilka lat: w 2024 roku fundacja kupiła nowy żuraw wieżowy oraz robotyczne ramię, które automatyzuje część procesu konturowania skały i potrafi przenosić ładunki do niemal 25 tysięcy funtów (ponad 11 ton). Dzięki nowoczesnemu sprzętowi, w tym własnoręcznie skonstruowanej maszynie do cięcia, z żartobliwą nazwą „Frankensaw”, ekipa szacuje, że pracuje dziś około siedmiokrotnie szybciej niż budowniczowie Mount Rushmore w przeliczeniu na powierzchnię wykutej skały rocznie.

A ile jeszcze zostało? Sam Korczak zakładał na starcie, że zamknie temat w 30 lat – ostatecznie nie udało się to nawet jemu, ani jego żonie, ani dzieciom. Fundacja od dawna unika podawania jednej, twardej daty ukończenia całości i woli mówić o etapach: według szacunków z ostatnich lat, ręka, ramię, bark oraz górna część końskiej głowy mają być gotowe w ciągu najbliższej dekady lub dwóch. Nieoficjalnie, w rozmowach z przewodnikami i wieloletnimi obserwatorami budowy, przewija się jednak inny, bardziej realistyczny scenariusz: przy obecnym, mocno przyspieszonym tempie, całość, łącznie z końskim korpusem i nogami, może zająć jeszcze około 30–40 lat. Oznaczałoby to, że pomnik mógłby zostać ukończony dopiero w połowie obecnego stulecia, czyli niemal sto lat od pierwszego wybuchu dynamitu w 1948 roku.

Rodzina, dla której ta góra stała się całym życiem – dosłownie

To, co odróżnia Crazy Horse od większości wielkich projektów budowlanych świata, to fakt, że od 78 lat prowadzi go w gruncie rzeczy jedna rodzina. Korczak i jego żona Ruth mieli dziesięcioro dzieci i wszystkie pomagały przy górze, chłopcy głównie na skale, dziewczynki przy rozwijającym się kompleksie dla zwiedzających. Gdy Ziółkowski zmarł nagle w 1982 roku po operacji serca, mając 74 lata, jego żona przejęła stery fundacji i prowadziła ją aż do własnej śmierci w 2014 roku, mając wtedy 87 lat. Sam Ziółkowski zdążył jeszcze skończyć zarys konia; twarz Szalonego Konia dokończono dopiero w 1998 roku.

Dziś przy projekcie pracuje już trzecie pokolenie rodziny. Wnukowie Korczaka i Ruth, między innymi Caleb i Vaughn Ziółkowscy, którzy dorastali, przyjeżdżając na górę i patrząc, jak pracuje dziadek i babcia, a potem sami zaczęli pracować na ekipie górskiej. Caleb Ziółkowski, mający dziś około czterdziestu lat, po doktoracie z nauk politycznych na UCLA i stażu podoktorskim na Princeton, mógł zostać wykładowcą akademickim na wschodnim wybrzeżu, ale zamiast tego wrócił w Czarne Wzgórza i objął stanowisko dyrektora prac na górze (dziś nosi tytuł Chief Mountain Officer). Jak sam mówi, świadomość, że projekt zaczął się na długo przed jego narodzinami i będzie oglądany przez tysiące lat po jego śmierci, jest równocześnie przytłaczająca i motywująca.

Warto jednak wiedzieć, że dzisiejsza fundacja to już nie tylko rodzina Ziółkowskich, bo od kilku lat na czele Crazy Horse Memorial Foundation jako CEO stoi Whitney Rencountre II, przedstawiciel plemienia Crow Creek Hunkpati Dakota, a w zarządzie zasiadają zarówno przedstawiciele rdzennych narodów, jak i osoby spoza rodziny. Członkowie klanu Ziółkowskich, a wśród nich córka Korczaka, Monique, pełniąca funkcję doradcy artystycznego i historycznego, pozostają jednak sercem projektu i, jak deklarują, wciąż mają nadzieję zobaczyć znaczący postęp, jeśli nie całkowite ukończenie dzieła, za własnego życia.

Cmentarzyk pod górą, na który można wejść tylko jeden dzień w roku

To jedna z tych ciekawostek, które rzadko trafiają do przewodników turystycznych. U podnóża rzeźbionej góry, w skale, którą Ziółkowski wykuł własnymi rękami razem z synami, znajduje się rodzinny grobowiec. Spoczywa w nim sam Korczak. Jednotonowe, czerwone drzwi grobowca noszą napis “Storyteller in Stone” (Gawędziarz w kamieniu), a od wewnątrz rzeźbiarz przezornie zamontował kołatkę. Obok niego spoczywa Ruth, a także dwie ich córki, Anne i Dawn, oraz zięć James Howe.

To miejsce jest prywatne i niedostępne dla zwiedzających. Teren wciąż jest aktywnym placem budowy, a rodzina traktuje grobowiec jako przestrzeń osobistą. Jest jednak jeden wyjątek: raz w roku, 20 października, w rocznicę śmierci Korczaka, fundacja organizuje tzw. Korczak Remembrance Day. Tego jednego dnia w roku, goście mogą przejść pieszo od centrum powitalnego do grobowca, by oddać hołd twórcy pomnika i jego bliskim. Poza tym jednym dniem, obszar pozostaje zamknięty.

Jak wysoko można się dostać i ile to kosztuje

Skoro to wciąż czynny plac budowy z materiałami wybuchowymi, żurawiami i spadającymi odłamkami skalnymi, dostęp turystów jest mocno ograniczony. Zwykły bilet wstępu (latem około 35 dolarów od samochodu, poza sezonem około 30 dolarów) daje dostęp do kompleksu powitalnego, muzeów, tarasu widokowego i wieczornego pokazu laserowego, ale nie pozwala podejść bliżej ani wjechać własnym autem pod górę.

Osoby, które chcą zobaczyć rzeźbę z bliska, mogą wykupić dodatkowy przejazd autobusem do podnóża góry (to symboliczne 5 dolarów). Prawdziwą rzadkością są za to wycieczki na sam szczyt, organizowane sporadycznie, specjalnymi busami i wcale nietanie, bo to około 125 dolarów od osoby, traktowane formalnie jako darowizna na rzecz fundacji.

Muzeum, które rośnie razem z górą

Kompleks przy Crazy Horse to nie tylko sama rzeźba. Już w latach siedemdziesiątych Korczak z rodziną wybudował budynek Indian Museum of North America, w którym dziś prezentowanych jest ponad 12 tysięcy eksponatów: mokasyny, stroje, tomahawki, bębny, prace z koralików, reprezentujących ponad 300 rdzennych narodów Ameryki Północnej. Zbiór zaczął się od jednej pojedynczej darowizny w 1965 roku, a dziś aż 90 procent kolekcji pochodzi od samych przedstawicieli rdzennych społeczności, którzy powierzyli fundacji swoje rodzinne pamiątki.

Sąsiedztwo, które mówi samo za siebie

Jadąc do Crazy Horse, warto zajrzeć też do oddalonego o kilkanaście kilometrów Mount Rushmore. Kontrast między obiema rzeźbami mówi więcej niż jakikolwiek opis. Cztery prezydenckie twarze, gotowe w niecałe półtorej dekady i od dawna symbol amerykańskiej państwowości, stoją niedaleko wciąż niedokończonej, znacznie większej wizji jednego rzeźbiarza, jego żony, dziesięciorga dzieci i coraz liczniejszej gromadki wnuków, dla których ta góra od trzech pokoleń jest jednocześnie miejscem pracy, domem rodzinnym i, dosłownie, miejscem ostatniego spoczynku.

Czy ktokolwiek z żyjących Ziółkowskich doczeka dnia, w którym rzeźba Szalonego Konia będzie w pełni ukończona? Nikt w fundacji nie odważa się dziś podać konkretnej daty. Ale jak podsumowała to kiedyś sama Monique Ziółkowski, córka twórcy pomnika, jej ojciec zawsze powtarzał, że sama rzeźba w skale jest najmniejszą częścią całej misji.

Obserwuj nas w Google News

Bądź na bieżąco z najważniejszymi wiadomościami

Obserwuj

Dołącz do dyskusji!

Podziel się swoją opinią o artykule

💬 Zobacz komentarze