Do wypadku doszło, gdy muzyk miał zaledwie 21 lat. Podróżował samochodem z grupą znajomych przez pustynne tereny Arizony. W pewnym momencie kierowca stracił panowanie nad pojazdem. Auto wpadło w poślizg i zaczęło koziołkować. Jak po latach wspominał Mozil:
„Samochód dachował kilka razy. To było jak scena z filmu, tylko że to działo się naprawdę”.
Siła uderzenia była ogromna. Pojazd zatrzymał się dopiero na dachu, a pasażerowie zostali rozrzuceni na dużym obszarze. Najbardziej dramatyczny okazał się jednak jeden szczegół — chwilę przed wypadkiem Mozil zamienił się miejscami z kolegą.

„Zmieniliśmy się miejscami dosłownie chwilę wcześniej. Gdyby nie to, dziś by mnie tu nie było”
— mówił w jednym z wywiadów.
Ten kolega nie przeżył wypadku. Dla młodego muzyka był to cios, z którym — jak sam przyznaje — mierzy się do dziś. „Najgorsze było to, że wiedziałem, iż to mogłem być ja. Ta myśl zostaje z człowiekiem na zawsze” — wyznał po latach.
Mozil wyszedł z katastrofy z obrażeniami, ale przeżył. Fizyczne rany zagoiły się stosunkowo szybko, jednak psychiczne skutki pozostały znacznie dłużej. Wspominał, że przez długi czas wracał myślami do tamtej chwili: „Leżysz później i myślisz: dlaczego ja? Dlaczego ktoś inny nie miał tyle szczęścia?”.

To doświadczenie stało się dla niego momentem przełomowym. Jak sam podkreśla, zmieniło jego podejście do życia i relacji z ludźmi.
„Po takim czymś zaczynasz inaczej patrzeć na wszystko. Bardziej doceniasz życie, ludzi, zwykłe chwile”
— mówił.
Wypadek na Route 66 nie jest tylko dramatyczną historią z przeszłości artysty. To wydarzenie, które ukształtowało jego wrażliwość i sposób patrzenia na świat. Choć od tamtej chwili minęły lata, cień tamtej tragedii wciąż jest obecny w jego wspomnieniach — jako przypomnienie, jak kruche i nieprzewidywalne potrafi być życie.




Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze