W swoim emocjonalnym poście na Facebooku napisała:
„Wielki Tydzień, dla wielu oznacza przygotowania do Wielkanocy, dla mnie zaś był to czas taplania się w sądowych obrzydliwościach…”

Potem wylicza sprawy, wyroki, nazwiska sędziów i policjantów, kończąc dramatycznym akcentem:
„Mnie można bezkarnie pomawiać, obrażać, znieważać, wyśmiewać, bo nikt nie ponosi za to konsekwencji.”

Od trybiku w maszynie do rozczarowanej aktywistki
Jeszcze niedawno z zapałem uczestniczyła w demonstracjach, wspierała inicjatywy antyrządowe, walczyła z „prawicową opresją” i „faszyzmem”. Dziś pisze o „sądowych obrzydliwościach” i „zgniłych jajach w koszyczku”.
To ironia losu, której nie wymyśliłby nawet najlepszy scenarzysta. Otóż zagorzała przeciwniczka prawicy w Polsce, lewicowa aktywistka, która walczyła o „wolne sądy”, teraz sama narzeka, że te sądy ją krzywdzą.

W kolejnym fragmencie dodaje:
„Otrzymałam też dwa wyroki nieprawomocne… SSR Anna Tyszkiewicz skazała mnie na grzywnę w wysokości 1000 zł + koszty sądowe.”

I dalej:
„Wszystkim wymienionym w poście osobom życzę takich Świąt, jakie mi prezentowali wraz z zajączkiem i zgniłych jaj w koszyczku.”

Trudno nie zauważyć, że Augustynek stała się symbolem pewnego paradoksu — przez lata walczyła o system, który dziś sama nazywa „obrzydliwym”.

Jej historia ma w sobie coś symbolicznego, jakby trybik w wielkiej maszynie nagle odkrył, że ta maszyna nie działa tak, jak obiecywano.
I choć „Babcia Kasia” nadal walczy, nadal pisze, nadal się nie poddaje, to w jej słowach słychać coś nowego: rozczarowanie własną stroną, o którą tak medialnie „walczyła”.


Dołącz do dyskusji!
Podziel się swoją opinią o artykule
💬 Zobacz komentarze