Najdroższa delegacja — do Australii — kosztowała niemal 50 tys. zł. Oficjalnym celem było odzyskanie zabytkowej monety Holey Dollar z 1813 roku, skradzionej z Muzeum Okręgowego w Toruniu. Moneta została przekazana w polskiej ambasadzie w Canberze. Internauci nie kryją zdziwienia:
„To ktoś z ambasady nie mógł tego ogarnąć?” — pyta Michalina Schurmann na platformie X w jednym z tweetów.
Lot po monetę za 50 tysięcy
Holey Dollar to moneta wybita w 1813 roku i uznawana za pierwszy, oficjalny środek płatniczy w Australii. W 1914 roku została zakupiona przez polskiego kolekcjonera Walerego Amrogowicza i przez dekady przechowywana była w zbiorach Muzeum Okręgowego w Toruniu. Przetrwała dwie wojny światowe, jednak między 2008 a 2017 rokiem została skradziona i trafiła na międzynarodowy rynek aukcyjny.

Dzięki współpracy polskich i australijskich służb udało się ją odzyskać, a uroczyste przekazanie odbyło się w Ambasadzie RP w Canberze — to właśnie tam udała się minister Marta Cienkowska, by odebrać monetę osobiście.

„Świnie u koryta nigdy się nie zadowolą”
W sieci zawrzało. Komentarze są bezlitosne:
„Ministerstwo Kultury — biurem podróży”
pisze 68Lewandowski, a użytkownik MAnnaM258 stwierdza:
„Głupi jesteśmy, skoro płacimy”.
„Z twarzy Cienkowskiego bije bezmiar głupiego chamstwa”
— nie kryje żalu FranciszekZielinski.
Niektórzy porównują delegacje do czasów PRL-u:
„Za komuny to wizyty w KDL były o wiele tańsze. A niech zwiedzi świat” — ironizuje TadeuszSosno.

Komfort ponad wszystko?
Rzecznik ministerstwa tłumaczy, że ze względu na uraz kręgosłupa minister Cienkowskiej zakupiono bilety zapewniające „komfortowe warunki podróży”. Marek Suski z PiS zasugerował, że mogły zostać wykupione dodatkowe usługi — co tylko podsyciło dyskusję o skali wydatków.

Kultura w wersji premium?
Wśród podróży znalazły się m.in.:
• Malta – udział w Europejskim Forum Kultury
• Japonia – spotkania z przedstawicielami świata sztuki
• Uzbekistan – rozmowy o dziedzictwie narodowym
• ZEA – promocja polskiej kultury na Expo
Choć cele brzmią szlachetnie, wielu komentatorów pyta: czy naprawdę trzeba było wysyłać ministra osobiście? Czy nie wystarczyło wysłać konsula, dyrektora departamentu, albo po prostu… maila?
Czy to jeszcze podróże z misją czy już wycieczki?
W dobie cięć budżetowych, rosnących kosztów życia i kryzysu w kulturze, takie wydatki budzą emocje. Zwłaszcza gdy zestawić je z realiami instytucji kultury w Polsce: muzeów, teatrów, bibliotek, które często walczą o przetrwanie.
Czy ministerstwo jest jeszcze instytucją kultury czy już biurem podróży dla swoich ministrów?